Gdyby samochód był człowiekiem – na rodzinie się nie oszczędza!

Wielu z nas traktuje swój samochód jako członka rodziny (ja również!). Jak małe dzieciątko, o które trzeba dbać bez przerwy, opiekować się, karmić, itp.

Wielkie marzenia nastolatków o posiadaniu super fury są realne, ale dla zwykłego „Kowalskiego” niestety często trudne. Nie mówię tu o osobach którym rodzice zasponsorowali samochody, jeśli ich stać to spoko, to czemu nie? Ważne aby te samochody szanowali. Też bym dała mojemu dziecku wszystko co najlepsze, a że moim dzieckiem jest moje auteczko, to też się staram 😁 Moim pierwszym piździ-bączkiem było Seicento, kartonik od mleka ma większą pojemność niż silnik w tej furze! Oczywiście seicento było z bogatym wyposażeniem jakim jest: korbotronik, cztery koła i kierownica. Moim obecnym samochodem jest Passat z jedynym prawidłowym silnikiem: 1.9TDI!

Największą kłodą rzucaną pod nogi młodym kierowcom są ceny ubezpieczenia. Świadomość tego, że miałabym zarejestrować samochód tylko na mnie i płacić kolosalne ubezpieczenie powoduje, że świadomie wybieram samookaleczenie przy pomocy nożyczek dla leworęcznych. Tu chciałam podziękować tacie, który w połowie jest właścicielem mojego samochodu po to żebym płaciła 1100 ubezpieczenia, a nie 2800. Serdecznie pozdrawiamy Zbigniewa !

  • Pomijając ubezpieczenie, ważny jest coroczny przegląd techniczny. Posuwamy się naszym samochodem do pobliskiej stacji kontroli pojazdów, wjeżdżamy na kanał. No i jak to zazwyczaj bywa w samochodach nie z salonu, tworzy się lista „do zrobienia”: łączniki stabilizatora, gumy zawieszenia, zbieżność już nie ta. Ogólnie osoba o słabych nerwach mogłaby przejść kilkuminutowe załamanie nerwowe. Po uświadomieniu sobie, że zrobić to trzeba, dzwonimy do znajomego mechanika:

Ja: ”Pioter, słuchej no sprawa jest, wracam z przeglądu no i trza zrobić parę rzeczy”
Mechanik: „Nawet mi tym gównem nie przyjeżdżaj!”
No cóż… Czas na misję „okno życia”, podrzucamy nasz samochód do mechanika, zostawiając mu kluczyki w skrzynce z nadzieją, że odpowiednio zaopiekuje się naszym dzieckiem. Mijają dwa/trzy dni – jest telefon! Lecimy jak na skrzydłach po ukochane auteczko, którego brak odczuliśmy bardziej niż brak jedzenia.

No i cios prosto w serce…, no może w portfel, części 450 plus 150 robocizny. Płacimy, odbieramy nasz pojazd i próbujemy uciec, jednocześnie ukrywając grymas na twarzy. Mówimy grzecznie „narazie!”, a mechanik wbija nam nóż w serce na odchodne. „Słuchaj, zapomniałem: Pasek rozrządu już nie wygląda za dobrze, masz sparciałe przewody paliwowe i cieknie ci uszczelka pod kapą zaworów.” No tak… Mówi że to koszt około 1000/1200 zł. Palpitacja serca – pół wypłaty. Bierzesz to na klatę i idziesz pocierpieć w samotności.

Większość z nas jest bardziej przywiązania do swojego samochodu niż do rodzeństwa, więc uświadamiamy sobie że trzeba zrobić to co zalecił mechanik, bo później może być tylko gorzej. Wypruwając sobie żyły zbieramy te 1200 zł na dalsze naprawy.. Po miesiącu zbliża się rata płatności za ubezpieczenie. Trzeba kupić opony bo poprzednie letnie nadawały się już co najwyżej, żeby przerobić je na kwietnik.

Małe dziecko potrzebuje ubranka, pieluszki, mleczko, jakieś lekarstwa i więcej pieluszek. Trzeba je tankować, tzn karmić. W przypadku niemowlęcia to prawnie nie ma różnicy. Samochód tak jak dziecko, sam się nie umyje, nie nakarmi, nie pójdzie sam do lekarza. W obu przypadkach odpowiedzialność jest bardzo duża. Także nie bójcie się mówić na swoje autko „moje maleństwo” 😁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *